Wojna o dusze, wojna o umysły. Górny w tygodniku „Sieci”: Jaka jest rola parad LGBT w rozgrywającej się zażartej wojnie kulturowej?

Przyjrzyjmy się niedawnemu marszowi środowisk LGBT pod Jasną Górą. W Częstochowie istnieje wiele miejsc, w których mogłoby się odbyć tego typu wydarzenie, a jednak organizatorzy wybrali najbliższe sąsiedztwo najważniejszego sanktuarium katolickiego w kraju. Dlaczego? – czasu jednak mają dramatycznie mało – pisze Grzegorz Górny w najnowszym numerze tygodnika „Sieci”.

Rosnąca agresja i obrazoburczość parad równości coraz częściej widoczna jest w przestrzeni publicznej. Symbole waginy przypominające najświętszy sakrament czy marsz, którego celem jest Jasna Góra, to obecnie smutna codzienność. Publicysta „Sieci” stawia ważne pytanie o rolę parad w rozgrywającej się obecnie zażartej wojnie kulturowej.

W dawnych armiach istnieli tzw. harcownicy. Byli to pojedynczy jeźdźcy wysunięci przed szyk wojska, nękający przeciwnika napadami i staczający utarczki z jego żołnierzami. Ich zadaniem nie było wygrywanie bitew, lecz prowokowanie. Mieli demonstrować wobec wroga pewność siebie, pogardę i bezkarność. Podczas oblężeń zamków podjeżdżali blisko pod mury i manifestacyjnie obrażali obrońców, zapowiadając buńczucznie rychłe zdobycie twierdzy. Ich celem było wyprowadzenie z równowagi członków załogi oraz złamanie ich morale. Taką właśnie funkcję harcowników pełnią dzisiejsze parady równości. Są one hałaśliwą i kolorową, lecz nieliczną forpocztą potężnej armii, zapowiadającą dopiero prawdziwe i mocne uderzenie. Jedna z uczestniczek Genderowej operacji w Częstochowie (nagrana przez ekipę TVP) stwierdziła wprost: „Trzeba zdobyć Jasną Górę i tym razem nam się uda”. Takie rzeczy nie rozstrzygają się oczywiście za sprawą jednej akcji. Działaczka formułowała jednak cel, jaki stawia przed sobą jej środowisko. Robiła to w sposób podobny jak dawni harcownicy – stojąc pod murami fortecy, zapowiadała jej niechybne zdobycie. Nie trzeba chyba nikomu tłumaczyć, że w języku symbolicznym zdobycie Jasnej Góry oznacza zniszczenie polskiego katolicyzmu. Niech nie zmylą nas harce harcowników. Taka jest stawka tej walki. Toczy się ona na wielu frontach, a jednym z najważniejszych jest język

— wyjaśnia Górny.

Nie bez powodu jednym z głównych narzędzi manipulacji jest język, za pomocą którego zwolennicy rewolucji kulturowej próbują zmieniać rzeczywistość. Wprowadzanie nowych pojęć czy przeinaczanie znaczenia słów takich, jak „tolerancja” to najczęściej wykorzystywane zabiegi.

Dlaczego tak się dzieje? Zdaniem Cassirera, wynika to z tego, że człowiek jest jedynym stworzeniem zdolnym do myślenia abstrakcyjnego, co odróżnia go od zwierząt. Wyrazem tego są m.in. język, mit, sztuka, nauka czy religia. Zarazem myślenie abstrakcyjne przejawia się poprzez symbole. To za ich pomocą człowiek pośrednio analizuje świat zewnętrzny. Poprzez kontrolę nad symbolami można więc wpływać nie tylko na ludzkie zachowania, lecz także na świadomość. Niemiecki filozof zauważał, że „wielkimi masami ludzkimi o wiele łatwiej kierować jest za pomocą siły wyobrażeń niż tępej siły fizycznej”. […] Rosyjski pułkownik Władimir Lisiczkin w podręczniku psychologii wojskowej, odwołując się do myśli Cassirera, pisał: „Zasadnicze znaczenie ma to, że człowiek nie staje już naprzeciw rzeczywistości bezpośrednio, nie styka się z nią twarzą w twarz. Rzeczywistość fizyczna jakby oddala się w miarę tego, jak wzrasta aktywność symboliczna człowieka, a czym bardziej ona narasta, tym łatwiej poprzez symbole kierować i manipulować ludźmi. Wynika z tego zastanawiający paradoks – otóż najbardziej podatną na manipulację częścią społeczeństwa jest inteligencja, myśląca uogólniającymi, złożonymi symbolami. W znacznej mierze dotyczy to ludzi wykształconych z wielkich miast”

— cytuje publicysta tygodnika „Sieci”.

Kolejnym charakterystycznym zjawiskiem w zakłamywaniu rzeczywistości i walki o świadomość odbiorców jest odwoływanie się do uczuć, czyli tzw. „wojna ikon”.

Do tego właśnie nawiązuje ideologia gender, która dokonuje wrogiego przejęcia symboli, czego najlepszym przykładem jest tęcza budząca pogodne emocje i mająca pozytywne konotacje we wszystkich cywilizacjach świata, zaś w judaizmie i chrześcijaństwie oznaczająca znak przymierza Boga z ludzkością. Użyta przez ruch LGBT staje się jednak, jak mawiał Alain Besançon, „perversa imitatio”, czyli przewrotną imitacją. Tęcza będąca w Księdze Rodzaju znakiem przymierza noahickiego składa się z siedmiu kolorów symbolizujących siedem przykazań, jakie Bóg dał ludzkości po potopie. Wśród nich znajduje się m.in. zakaz niemoralnych stosunków seksualnych. Ze Starego Testamentu wynika zaś, że najbardziej godnymi potępiania były akty homoseksualne. Biblia określa je słowem „toevah”, czyli obrzydliwością w oczach Boga. W Piśmie Świętym jest to określenie zarezerwowane dla czynów budzących największą odrazę

— podkreśla Grzegorz Górny.

źródło: www.wpolityce.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Top